Długo, naprawdę długo zbierałam się do napisania tego posta. O ile fakty można zrelacjonować, to odczucia, które moim zdaniem mają kluczowe znaczenie w procesie przędzenia, już nie tak łatwo poddają się prostemu (i zrozumiałemu!) językowi.
Postanowiłam nie opisywać swoich doznań z wrzecionem, ale zapostować dwa filmy osoby, która jest prawdziwym guru przędzenia na wrzecionie - Abby Franquemont. Jej praca (i książka o przędzeniu) jest niesamowita!
Część I., gdzie znajdziecie klarowne wprowadzenie do tematu.
Część II., gdzie rozprawia się ze wszystkimi możliwymi problemami i przeszkodami.
Ośmielę się tylko dodać od siebie kilka uwag o tzw. poprawności historycznej.
Haczyki czy nacięcia są popularne w nowych wrzecionach i na pewno są pomocne przy nauce, lecz niezbyt historyczne.
Przęślik osadzamy na wrzecionie o tak (przy okazji widać sposób zamotania, by wrzeciono działało):
U góry ostro zakończonego wrzeciona zapętlamy nitkę by było możliwe przędzenie (Zdjęcie znalezione w odmętach internetu, nie wiem gdzie.. Za to znakomicie pokazuje jak wiązać pętle.) :
W momencie, gdy wrzeciono jest już „pełne”, uprzędzioną nitkę nawijamy na palce i wiążemy np. dratwą w czterech miejscach. Tak związaną gotujemy (dosłownie parę minut), by zatrzymać skręt. Taki kłębuszek schnie około dwóch do trzech dni.
Po wyschnięciu wełnę można nawinąć w prawdziwy kłębek :) Na zdjęciu mój pierwszy kłębek z naturalnie kremowego runa owczego.
Miłego przędzenia!
Mjoll

Cześć,
OdpowiedzUsuńpolecam Tobie blog Prząśniczek: http://polskiewrzeciona.blogspot.com/
pozdrawiam
znam znam, są świetne. zwłaszcza pani z Kaszub :)
OdpowiedzUsuńZapraszam do pisania na blogu " Prząśniczka " :)
OdpowiedzUsuń