środa, 13 kwietnia 2011

Syv vikinger

Niedawno byliśmy w muzeum w Moesgård.
Podekscytowani, nie mogący się doczekać wejścia na otwartą przed paroma dniami i mocno reklamowaną wystawę o wdzięcznym tytule "Syv vikinger"
 
Przed wejściem trzeba wybrać jeden z kilku przedmiotów. Do wyboru jest grzebień, kawałek ceramiki, krzyżyk, miniaturka miecza. Przy tym należało na dotykowym ekranie wybrać język: duński lub angielski. Jak się później okazuje, cała wystawa „działa” na te przedmioty, gdyż są one namagnetyzowane/pomalowane „srebrną” farbą (albo coś jeszcze innego) i gdy przykłada się je w odpowiednim miejscu przy gablotach, lektor w języku wybranym uprzednio opowiada o tym, co właśnie widzimy.

Po wejściu uderza ciemność. I dym. Gdy oczy się przyzwyczają, można zobaczyć głównych bohaterów – wspomnianych już wyżej „Siedmiu wikingów”. Figury śpiące, nawet pocące się i poruszające się w akcie ciężkiego oddechu przez sen, a zrobione z czegoś podobnego do silikonu. Była to chyba główna atrakcja.
Lektor opowiadał, a słuchający mógł oglądać zajmujący film wyświetlany wprost na owłosioną (odczucia estetyczne nie do opisania) nogę/rękę lub kark „śpiącego wikinga”. Jeden z nich spał pod peruwiańskim kocykiem (czyżby brak funduszy?) a inny miał wytatuowaną całą rękę w młotki Thora (czyżby hiperrealizm?). Ostatnim wikingiem była starsza kobieta, która widocznie się przebudziła, bo cała naga była i bełkotała coś o tym, że dzieli nas tylko tchnienie.

(zdjęcie z FB Muzeum w Moesgård)

Dym powoli utrudniał oddychanie, nie mówiąc już o robieniu jakichkolwiek zdatnych do czegokolwiek zdjęć. Ale mniejsza o to. Przy kolejnych gablotkach można było wysłuchać melancholijnej opowieści (zapewne) wikinga o przygodach jego ojca i siostry (opowieść sklecona z motywów powszechnych w sagach oraz wyobraźni autorów = wczuwanie się). Zaprawdę zajmująca.
Wystawa ta jest naprawdę „multimedialna” - obok lektora były też wyświetlane na wielkich szybach rekonstrukcje statków w swych pierwszych rejsach. Można było także pooglądać nieme filmiki o „życiu codziennym” wikingów – np.: cała rodzina siedząca w błocie na drodze przed domem czy też mężczyzna, który ucina głowę drugiemu mężczyźnie i wrzuca ją do studni. Niestety bez żadnych etycznych komentarzy, ale za to z gestykulacją rodem z filmów Charliego Chaplina.
Dalej, na środku zaaranżowanej konstrukcji prawie absydowej, stał stół, na którym także wyświetlano szlaki morskie i podróże wikingów. W wianuszku wokół absydy stało sześć bram, nad którymi wyświetlano różnymi czcionkami nazwy: York, Kaupang, Volga, Byzant, Mecklemburg i Ingelheim.



W Yorku był pokazany filmik o wykopaliskach oraz wywiad z prowadzącym je – tylko po norwesku (!). Kaupang był zasypany kamieniami (?). Volga podobała mi się (o dziwo) – pokazano w tej salce kobiecą biżuterię z terenów Litwy i Łotwy.


Sala z podpisem Byzant była pusta (!) i tylko wielkie „malowidło” anioła stylizowanego na anioły z ikon straszył ze ściany. Mecklemburg był pozatykany pniami sosnowymi wysokimi do sufitu. Trzeba było uważać na głowę podczas przechodzenia pomiędzy nimi do gabloty, która stała na końcu sali, a w której to...były trzy koniki i kilka zausznic... W Ingelheim wisiał krzyżyk i stała rekonstrukcja relikwiarza z XII wieku.
Na tym skończyła się wystawa.
Cóż... nie to, czego się spodziewaliśmy.

Na koniec mała ciekawostka – czesaki do czesania wełny – największy plus tej wystawy :))



Mjoll


niedziela, 10 kwietnia 2011

på polsk

Od pewnego czasu obserwuję „historyczno-archeologicznego pudelka” (nazwa adekwatna co do poziomu konwersacji) - ci, którzy przeglądają od czasu do czasu Hallę, wiedzą o co chodzi. Miałam niemały ubaw z czytania „punktów fundamentalnych każdego prawego człowieka, który rekonstrukcyjny ruch w Polsce chce ocalić, a przy okazji mrok wytropić i unicestwić oraz do wiadomego straganu zachęcić.” - to tak w skrócie.
Pewnego dnia włos zjeżył mi się na głowie – rozpoczęła się „poważna dyskusja” o w c z u w a n i u s i ę wikingów w zwierzęta. Tak, wczuwaniu się. Nie myśląc za dużo o reperkusjach, skomentowałam. Natrafiłam na zajadłego 'adwersarza', a jego zajadłość była (jest) wprost proporcjonalna do posiadane przez niego braku szacunku do źródeł i ogromu niewiedzy, a raczej tego, że nie zdaje sobie sprawy z ogromu swojej niewiedzy. Mniejsza o dyskurs – nie jest to bynajmniej myśl przewodnia.
Uderzyła mnie z gruntu inna myśl. Jakże byłoby błogo, spokojnie, 'magicznie' (wszak mogłabym się wczuwać!), gdybym nie odczuwała wstrętu, wręcz organicznego bólu czytając/słysząc takie bzdury, gdybym nie była historykiem... Ale jestem.
I teraz przypominają mi się słowa promotora: „bez humanistyki więzi społeczne, spójność grupowa współczesnych społeczeństw narodowych straci swoje racjonalne podstawy. A bez racjonalności jako intersubiektywnego czynnika łączącego ponad emocjami i doraźnymi interesami duże społeczności nie będą istnieć w sposób pokojowy.” I dlatego m.in. historycy powinni „oddziaływać na społeczeństwo”, „upowszechniać wiedzę”... powinni rozmawiać.
Ale jak?
Innym problemem jest to, że osoba ta to archeolog. Powiem więcej – archeolog, który uzurpuje sobie zdolności pracy źródłowej, metodyki i krytyki źródła pisanego, a tak naprawdę nie wie nic. Dlaczego tak się dzieje? Mój promotor twierdzi, że dlatego iż archeologia nadal szuka swojego miejsca, nowych dróg dla metodologii, słowem: pomysłu na siebie.
Moim skromnym zdaniem nie potrzebuje tych poszukiwań. Dlaczego archeolodzy nie zajmują się tym, co jest domeną archeologii: wykopaliskami, rekonstrukcją kultury materialnej, dokumentacją, tworzeniem?? Zamiast tego wchodzą z nonszalancją na grząskie pole historycznej antropologii kulturowej bez minimalnego przygotowania metodologicznego (!).

I jak ja mam rozmawiać z kimś, kto nie ma nawet minimum wiedzy i wierzy we wszystko, co jest napisane i/lub wydane?

- Ved du, hvad det hedder på polsk?
- Ja, Ł. Malinowski... og „papier zniesie wszystko”.

wtorek, 29 marca 2011

Pozdrowienia ze słonecznego Aros!

Jestem w Danii już drugi miesiąc. Czas bardzo szybko ucieka. Pomykam po korytarzach instytutu, biblioteki i znowu instytutu... ale żeby nie było, że się lenię i tylko "pomykam", to powiem w sekrecie, że operacja  o kryptonimie "krosno pionowe" nabiera rumieńców. Relacja fotograficzna i nieco teorii wkrótce! ;)

Jeśli już jesteśmy przy zdjęciach, to na deser linkuję wystawę o Aros we wczesnym średniowieczu :) Zdjęcia niezbyt ostre, co owocem to jest pewnej sumy pewnych zmiennych (aparat + wystawa w piwnicy + talent autorki ;), a sama wystawa bardziej planszowo-malowidłowa (a nie eksponatowa) tu --> https://picasaweb.google.com/joanna.wojtkowiak/VikingAros#

Pozdrawiam serdecznie,
Mjoll