poniedziałek, 18 kwietnia 2011

krajki

Pochwalę się efektem mojej pracy z naturalną szarą wełną islandzkich owieczek, którą kupiłam niedawno w Aarhus. Wełenka ręcznie przędziona. A powstały z niej owijacze: na zdjęciu jeden :)


Uprzędłam sporą ilość nitki z brązowej naturalnej wełny, więc poprosiłam Olafa by zrobił mi bardko. Oto efekty: dwie brązowe malutkie krajeczki…


A skoro temat krajek sam wypłynął, to pociągnę go dalej.
Krajki były splatane lub tkane z różnych surowców – wełny, jedwabiu, lnu, włosia końskiego lub wełny z domieszką włosia innych zwierząt hodowlanych.
Na Pomorzu krajki wełniane i z włosia występują jedynie w Gdańsku w warstwach datowanych na XI – XIII wiek. Zastosowano w nich głównie splot płócienny lub ryps. Krajki te są najczęściej w kolorze naturalnym wełny, a jeśli już farbowane, to na czerwono.
Krajki wełniane plecione były natomiast jedno lub wielobarwne.
Także w Gdańsku znaleziono jedyną na Pomorzu z okresu średniowiecza krajkę wykonaną techniką sprang (datowana na XI wiek).
Krajek jedwabnych na Pomorzu znaleziono 2 sztuki: w Wolinie (przełom IX i X wieku) oraz w Gdańsku (XI wiek) – obie w splocie płóciennym. Krajka z Gdańska miała dodatkowy zdobiący wątek tworzący wzór (zachowały się na nim ślady srebrnej taśmy, która pierwotnie owijała się wokół wątku zdobiącego).
Poza Pomorzem, na terenach dzisiejszej Polski, także nie mamy wielu przykładów krajek – kilka krajek w Opolu (w tym pleciona z jedwabiu) z połowy XII wieku, dwie krajki w Rawie Mazowieckiej (tabliczkowa i w splocie rypsu) datowane na XIV – XV wiek.

Przykłady krajek mamy i z innych terenów – krajka w splocie jodełki z Haithabu (IX – X wiek), wełniana „broszowana” z Birki (IX – X wiek), kilka wełnianych z Lubeki (XIII – XVI wiek) – ale także nie za dużo…
Zdaje się natomiast, że za krajki bardzo często brane są bardziej powszechne znaleziska tzw. wstążek z nićmi jedwabnymi, rzadziej lnianymi, w osnowie i ze srebrnym lub złotym wątkiem, tkanych na tabliczkach (np. z Birki) w bajecznych kombinacjach. Bynajmniej nie są to fragmenty, gdyż w większości zachowane są zakończenia z obu stron takiej wstążki. Problem w tym, że wstążeczki te (tak, nie bez przyczyny w literaturze przedmiotu wydziela się te dwa pojęcia – krajka i wstążka) szerokie są na 4 – 5 cm., a długie na 15 – 20 cm..

Zamiast powielać znalezione w internecie czy na forach powszechne „ultra-historyczne z Birki” wzory, należałoby przyjrzeć się oryginałom i zastanowić się czy tak popularne w rekonstrukcji wzorzyste i barwne krajki w jakikolwiek sposób przystają do rekonstruowanej rzeczywistości.

...prawie jak w przypadku haftów "dla podkreślenia statusu", ale o tym może nieco później ;)



Literatura uzupełniająca:
- A. Geijer, Die Textilfunde aus den Gräben, [w:] Birka, t. 3, Uppsala 1938.
- J. Maik, Wyroby włókiennicze na Pomorzu z okresu rzymskiego i ze średniowiecza, Wrocław 1988.
- Archaeological Textiles, pod red.: L.B. Jørgensen, B.M. i E. Munksgaard, Kopenhaga 1988.
- Textiles in Northern Archaeology, pod red.: P. Walton i J. Wild, Londyn 1990.

środa, 13 kwietnia 2011

Syv vikinger

Niedawno byliśmy w muzeum w Moesgård.
Podekscytowani, nie mogący się doczekać wejścia na otwartą przed paroma dniami i mocno reklamowaną wystawę o wdzięcznym tytule "Syv vikinger"
 
Przed wejściem trzeba wybrać jeden z kilku przedmiotów. Do wyboru jest grzebień, kawałek ceramiki, krzyżyk, miniaturka miecza. Przy tym należało na dotykowym ekranie wybrać język: duński lub angielski. Jak się później okazuje, cała wystawa „działa” na te przedmioty, gdyż są one namagnetyzowane/pomalowane „srebrną” farbą (albo coś jeszcze innego) i gdy przykłada się je w odpowiednim miejscu przy gablotach, lektor w języku wybranym uprzednio opowiada o tym, co właśnie widzimy.

Po wejściu uderza ciemność. I dym. Gdy oczy się przyzwyczają, można zobaczyć głównych bohaterów – wspomnianych już wyżej „Siedmiu wikingów”. Figury śpiące, nawet pocące się i poruszające się w akcie ciężkiego oddechu przez sen, a zrobione z czegoś podobnego do silikonu. Była to chyba główna atrakcja.
Lektor opowiadał, a słuchający mógł oglądać zajmujący film wyświetlany wprost na owłosioną (odczucia estetyczne nie do opisania) nogę/rękę lub kark „śpiącego wikinga”. Jeden z nich spał pod peruwiańskim kocykiem (czyżby brak funduszy?) a inny miał wytatuowaną całą rękę w młotki Thora (czyżby hiperrealizm?). Ostatnim wikingiem była starsza kobieta, która widocznie się przebudziła, bo cała naga była i bełkotała coś o tym, że dzieli nas tylko tchnienie.

(zdjęcie z FB Muzeum w Moesgård)

Dym powoli utrudniał oddychanie, nie mówiąc już o robieniu jakichkolwiek zdatnych do czegokolwiek zdjęć. Ale mniejsza o to. Przy kolejnych gablotkach można było wysłuchać melancholijnej opowieści (zapewne) wikinga o przygodach jego ojca i siostry (opowieść sklecona z motywów powszechnych w sagach oraz wyobraźni autorów = wczuwanie się). Zaprawdę zajmująca.
Wystawa ta jest naprawdę „multimedialna” - obok lektora były też wyświetlane na wielkich szybach rekonstrukcje statków w swych pierwszych rejsach. Można było także pooglądać nieme filmiki o „życiu codziennym” wikingów – np.: cała rodzina siedząca w błocie na drodze przed domem czy też mężczyzna, który ucina głowę drugiemu mężczyźnie i wrzuca ją do studni. Niestety bez żadnych etycznych komentarzy, ale za to z gestykulacją rodem z filmów Charliego Chaplina.
Dalej, na środku zaaranżowanej konstrukcji prawie absydowej, stał stół, na którym także wyświetlano szlaki morskie i podróże wikingów. W wianuszku wokół absydy stało sześć bram, nad którymi wyświetlano różnymi czcionkami nazwy: York, Kaupang, Volga, Byzant, Mecklemburg i Ingelheim.



W Yorku był pokazany filmik o wykopaliskach oraz wywiad z prowadzącym je – tylko po norwesku (!). Kaupang był zasypany kamieniami (?). Volga podobała mi się (o dziwo) – pokazano w tej salce kobiecą biżuterię z terenów Litwy i Łotwy.


Sala z podpisem Byzant była pusta (!) i tylko wielkie „malowidło” anioła stylizowanego na anioły z ikon straszył ze ściany. Mecklemburg był pozatykany pniami sosnowymi wysokimi do sufitu. Trzeba było uważać na głowę podczas przechodzenia pomiędzy nimi do gabloty, która stała na końcu sali, a w której to...były trzy koniki i kilka zausznic... W Ingelheim wisiał krzyżyk i stała rekonstrukcja relikwiarza z XII wieku.
Na tym skończyła się wystawa.
Cóż... nie to, czego się spodziewaliśmy.

Na koniec mała ciekawostka – czesaki do czesania wełny – największy plus tej wystawy :))



Mjoll


niedziela, 10 kwietnia 2011

på polsk

Od pewnego czasu obserwuję „historyczno-archeologicznego pudelka” (nazwa adekwatna co do poziomu konwersacji) - ci, którzy przeglądają od czasu do czasu Hallę, wiedzą o co chodzi. Miałam niemały ubaw z czytania „punktów fundamentalnych każdego prawego człowieka, który rekonstrukcyjny ruch w Polsce chce ocalić, a przy okazji mrok wytropić i unicestwić oraz do wiadomego straganu zachęcić.” - to tak w skrócie.
Pewnego dnia włos zjeżył mi się na głowie – rozpoczęła się „poważna dyskusja” o w c z u w a n i u s i ę wikingów w zwierzęta. Tak, wczuwaniu się. Nie myśląc za dużo o reperkusjach, skomentowałam. Natrafiłam na zajadłego 'adwersarza', a jego zajadłość była (jest) wprost proporcjonalna do posiadane przez niego braku szacunku do źródeł i ogromu niewiedzy, a raczej tego, że nie zdaje sobie sprawy z ogromu swojej niewiedzy. Mniejsza o dyskurs – nie jest to bynajmniej myśl przewodnia.
Uderzyła mnie z gruntu inna myśl. Jakże byłoby błogo, spokojnie, 'magicznie' (wszak mogłabym się wczuwać!), gdybym nie odczuwała wstrętu, wręcz organicznego bólu czytając/słysząc takie bzdury, gdybym nie była historykiem... Ale jestem.
I teraz przypominają mi się słowa promotora: „bez humanistyki więzi społeczne, spójność grupowa współczesnych społeczeństw narodowych straci swoje racjonalne podstawy. A bez racjonalności jako intersubiektywnego czynnika łączącego ponad emocjami i doraźnymi interesami duże społeczności nie będą istnieć w sposób pokojowy.” I dlatego m.in. historycy powinni „oddziaływać na społeczeństwo”, „upowszechniać wiedzę”... powinni rozmawiać.
Ale jak?
Innym problemem jest to, że osoba ta to archeolog. Powiem więcej – archeolog, który uzurpuje sobie zdolności pracy źródłowej, metodyki i krytyki źródła pisanego, a tak naprawdę nie wie nic. Dlaczego tak się dzieje? Mój promotor twierdzi, że dlatego iż archeologia nadal szuka swojego miejsca, nowych dróg dla metodologii, słowem: pomysłu na siebie.
Moim skromnym zdaniem nie potrzebuje tych poszukiwań. Dlaczego archeolodzy nie zajmują się tym, co jest domeną archeologii: wykopaliskami, rekonstrukcją kultury materialnej, dokumentacją, tworzeniem?? Zamiast tego wchodzą z nonszalancją na grząskie pole historycznej antropologii kulturowej bez minimalnego przygotowania metodologicznego (!).

I jak ja mam rozmawiać z kimś, kto nie ma nawet minimum wiedzy i wierzy we wszystko, co jest napisane i/lub wydane?

- Ved du, hvad det hedder på polsk?
- Ja, Ł. Malinowski... og „papier zniesie wszystko”.